Zacznę od truizmu. Kończy się rok, więc niebawem winniśmy wejść w nowy. I znowu to, co wszystkim wiadomo. W prasie wszelkiego autoramentu, telewizorniach i internetach zabierze głos całe stado przemądrych i będzie wieszczyć. Niektórych weźmiemy poważnie i z powagą pokiwamy głowami, pomrukując z cicha: Mądrze prawi! Na innych się skrzywimy z ironią i zaklniemy: Co za młot!
Nie będę się silił na przepowiednie, bo żyjemy w tak pogmatwanym świecie, że przewidzieć mogę z dość dużą dozą pewności, iż zapewne będę miał lekkiego kaca 1 stycznia. Zamiast tego mogę zachęcić do lektury tekstu autora „O dwóch takich co ukradli księżyc”, który odkopałem kilka dni temu (z "Kuriera Warszawskiego). Warto! Do życzeń, które znajdziecie na końcu, dołączam się z całą mocą, dorzucę tylko jedno. Chyba nierealne. Aby naszymi poczynaniami na świecie nie kierowali osobnicy, kierujący się pragnieniami tych oto rozmawiających młodzianków (i nie piję tu do owych bliźniaków – wszak Tusek i Szreku z Chetyna nie mieli jednakich braci)!
Około Nowego Roku we wnętrze kilku osób włazi potężny demon i prorokuje, co się dziać będzie na świecie. Osoba stawia oczy w słup, przybiera wyraz niesłychanie zdumionego barana, wpatruje się w gwóźdź w ścianie, albo w szafie i tak czyta, jak gdyby tam przyszłe losy byty napisane. Obok osoby wieszczącej siedzi zazwyczaj czarny kot, który jest oczywiście przebranym diabłem. Zazwyczaj prorokują kobiety, niby że i czart chętniej się niemi posługuje. Jednego roku rozgłośnej sławy zażywa francuska dama, drugiego zaś węgierska ciotka Bafometa i babka Astarota. A co babiny nabredzą, to obiega prasę całego świata i uczciwym luziom włosy stają na zalękłych głowach. Nie można zaprzeczyć, że wiele z tych czarnych zapowiedzi doskonale się sprawdza, z tego zazwyczaj powodu, że się musi sprawdzić. Ludowa, wielce chytra mądrość tak zapowiada pogodę: — „Kiedy na świętego Prota jest pogoda albo słota, na świętego Hieronima pada deszcz, albo go nima”. — Jest to najwyborniejsze proroctwo, którego nikt nie obali. Rozgłośne czarownice, opętane przez nieczyste siły, są to baby mądre i roztropne i doskonałe urządzają krętactwa. Jedna prorokuje: — „w pewnej królewskiej rodzinie wybuchnie wielki skandal”. — Wielka mi sztuka takie proroctwo! We mnie diabeł nie mieszka, a też tak potrafię... Druga zaś powiada: „Umrze znakomity mąż stanu”. — Nie ulega wątpliwości, że i w tej branży umierają i że co roku z wielkiej liczby dyplomatycznych ludzi jeden przynajmniej żegna Ligę Narodów. Zawsze się sprawdzi, co powiedziała szatańska madame, żeby zaś obwieścić, że na Dalekim Wschodzie będą się tłukli, że w Anglii będzie lepiej, a w Sowietach gorzej, że w Palestynie będą zamieszki, a w Ameryce porwą dziecko milionera, na to nie potrzeba mieć czarnego kota. Moja Kucharka, która miewa bujne i prorocze sny, przepowiadała mi jednego razu, że wyjadę do Zakopanego, bo się jej śniła niepoliczona ilość żydów. Rzecz nie do wiary, a jednak się sprawdziło i ja pojechałem do Zakopanego! Węgierska czarownica lepiej nie potrafi.
Wróżby noworoczne są tanim towarem, narobią bowiem trochę hałasu na progu roku, a potem pies z kulawą nogą nimi się nie zajmie. Zgoła byłoby inaczej, gdyby Pytie musiały zdać rachunek w grudniu i jeśliby się okazało, że baba plotła trzy po trzy, spławić ją w rzece starodawnym sposobem. Niech nadaremnie nie straszy poczciwych ludzi, należy bowiem zauważyć, że te mroczne i posępne makbetowe czarownice nigdy niemal nie wróżą niczego dobrego, tylko dżumy, cholery, wojny, zabójstwa, wybuchy wulkanów i trzęsienia ziemi, że się temu i owemu zimno robi i traci ochotę do życia. Jeszcze się nie zdarzyło, aby kuzynka piekieł wywróżyła jakieś wielkie szczęście, dobrobyt, albo inną radość. Cała ta pociecha, że w tym diabelskim interesie obowiązuje zasada: tere — fere — kuku — strzela baba z łuku, gdyż świat już by dawno skapiał, gdyby się udały w czambuł wszystkie katastrofy, przez wiedźmy przepowiedziane. Wbrew powszechnemu mniemaniu, nie wierzę, aby zły duch używał ich, jako tuby do straszliwego gadania. Czort czortem, ale ma przecie odrobinę dobrego smaku. Nierównie silniej jestem przekonany, że raczej wchodzi on w poniektórych ponurych mężów i ich używa do siania lęku po świecie. Prawdę jednak mówiąc, świat jest w tej chwili tak urządzony, że sam diabeł nie wie, co się może na nim zdarzyć, cóż dopiero jakiś mizerny czarnoksiężnik. Interesy ludzkie tak są przyjemnie pogmatwane, że ich piekło nie rozwikła i cała diabelska liga. Jeden minister spraw zagranicznych ma Belzebuba, Astarota i Bafometa w małym palcu. Zły duch skapcaniał z kretesem i stąd pochodzi jadowita złośliwość jego wróżb, grożących nam zagładą. Dotąd był potężnym czarodziejem, latał przez powietrze, puszczał dym z pyska, był brzuchomówcą i potrafił oblecieć kulę ziemską na łopacie z szybkością dwudziestu kilometrów na godzinę. Teraz puchnie ze złości, że lotnik robi trzysta kilometrów, a radio gada z jednego krańca ziemi na drugi w ciągu sekundy. Nie należy się przeto bać jego chytrych wróżb; są to resztki bezsilnej pasji.
By jawnie udowodnić, że prorokowanie nie jest niedosiężną sztuką, możemy z grubsza oznajmić kilka proroctw na użytek wewnętrzny. Postawiłem oto oczy w słup, wpatrzyłem się nieprzytomnym spojrzeniem w również nieprzytomną szafę i widzę w oparach mgieł skłębione wizje przyszłości. Widzę, że w roku 1938 wzmoże się niezmiernie ruch budowlany, czyli że bogaci żydzi zbudują za ulgi podatkowe wspaniałe domy, w których będą mieszkać ich krewni, gdyż biednych Polaków na to nie stać. Opera zjadłszy nadzwyczajną subwencję, zamrze cicha, jak „Traviata“ i rozpocznie starania o nową subwencję. Około maja zostanie znowu na rok przedłużony termin przeniesienia kolejki wilanowskiej za granicę miasta do najbliższego maja, a od tego następnego maja do nowego maja. Z liczby kilku tysięcy dorożek ubędzie jedna, rozbita przez tramwaj, a druga wskutek osiągnięcia przez rumaka wieku lat trzydziestu. Odbędzie się dziesięć procesów przy drzwiach zamkniętych. Radio nada pięćdziesiąt dwa odczyty na temat: „Dokąd jechać w Święta?” i odegra trzysta zamaszystych kujawiaków. Zbankrutuje stara rewia, a na jej miejscu założą żydowie nową rewię. Trzy operetki przestaną żyć i narodzą się trzy nowe. W kinie spółka Taiteles i Cyterspiel pokaże superfilm reżysera Zbyszka Szmiro (z domu Muranower) pod tytułem: „Kościuszko i wojewodzianka”. W teatrach bez większych zmian: od nowego sezonu Szyfman zostanie dyrektorem Narodowego i Nowego, a Polski i Mały będzie prowadził pod pseudonimem, na zimę zaś wywiezie trupę tańczących Hucułów na wyspy Hawajskie. Literatura przeżyje wspaniały okres wymiany intelektualnej z Francją wedle klucza: my przełożymy tysiąc książek francuskich, a oni jedną polską i jak największy skarb ukryją ją na wieki w piwnicach u wydawcy z góry zapłaconego za śmiały czyn. Zdarzenia polityczne będą wielce rozmaite: przyjedzie minister spraw zagranicznych obcego państwa i wygłosi mowę, w której zapewni, że nigdy między Polską i jego krajem nie było lepszych stosunków, na co odpowie mu również serdecznie nasz minister, że między jego krajem Polską nigdy stosunków nie było lepszych. Kilku dygnitarzy kupi sobie meloniki i będzie się przechadzało po Nowym Świecie, zerkając na piękne dziewczęta, znacznie przystojniejsze od panów posłów i brodatych senatorów. Pewne zrzeszenie polityczne „postanowi pomyśleć o powzięciu zamiaru — wyjścia w teren”. Nie jest to jednak pewne, tak samo jak z usunięciem kolejki wilanowskiej. Odbędzie się sześć pojedynków na tle zatargów politycznych z wynikiem bezkrwawym. W życiu naszego miasta nie zajdą wielkie zmiany. Farmazoni sprzedadzą pałac Rady Ministrów i ratusz a pomnik Kilińskiego jednemu szewcowi z prowincji. U zbiegu Alei i Nowego Świata sygnał, wstrzymujący ruch zepsuję się po raz czterdziesty, wskutek czego zostanie zwołana komisja do zbadania tego przyrządu. Zawalą się tylko trzy domy podczas budowy. Ulica Śmieszna, zostanie pokryta asfaltem w marcu; asfalt ten będzie zerwany w kwietniu, w celu ułożenia nowych rur gazowych, a we wrześniu zerwany będzie przez telefony. Na wiosnę magistrat przemianuje kilka nowych ulic, aby je nazwać inaczej, co przyprawi o zabawną kołowaciznę policjantów i listonoszy.
Mógłbym tak prorokować do białego rana, lecz wtedy nikt by mi nie uwierzył. Wedle ceremoniału, obowiązującego jasnowidzów, należy w pewnym momencie zawołać: — „Już nic nie widać... Jestem straszliwie zmęczony... Dajcie mi herbatę... Spać, spać!” — Przeto precz gonię od siebie czarnego demona i jasno patrząc na świat, zgoła po ludzku, zwracam się do wszystkich dobrych ludzi. Co tam prorokowanie. Będzie tak, jak Bóg raczy nakazać. A my możemy sobie jedynie złożyć po cichutku życzenia, z głębi udręczonych serc wysnute, a może jak białe gołębie polecą one ku niebiosom. Więc, że czas jest osobliwy, spójrzmy sobie przyjaźnie w oczy, spojrzeniem jasnym, za którym nikt złych nie ukrywa myśli. Nie całujmy się z dubeltówki, bo to nie po męsku, lecz podajmy sobie ręce uczciwie z braterską gotowością. Nie bądźmy dla siebie opryskliwi, wciąż do obelżywej kłótni gotowi, irytacji krwistej pełni, lecz z wyrozumiałym, mądrym uśmiechem kończmy zadzierżyste sprawy dnia powszedniego. Niech człowiek człowiekowi i wierzy, i ufa, bo to wcale koszmarny pomysł, aby jeden w drugim niezmiennie wietrzył opryszka. Nie gadajmy o sobie takich słów, co pachną jak asafetyda i czepiają się, jak czarna smoła, ani też nie piszmy tak o sobie. Wierzmy w przyjaźń uczciwą i rzetelną, wierzmy w dobrą wolę bliźniego, bo wtedy życie będzie łatwiejsze i nie tak dręczące.
Złóżmy sobie wzajemne życzenia: niech żadne dziecko polskie nigdy nie będzie głodne, niech się wszystkie chowają zdrowo wśród radości. Armia nasza niech będzie zawsze wspaniała i potężna. Niech nasze aeroplany płyną spokojnie po błękicie i niech je niosą tylko przyjazne wiatry. Nasze okręty niech płyną, bezpiecznie po morzach dalekich i niech je burza omija. Niech nigdy nie zdarzy się nieszczęście w kopalni. Niech wszyscy znajdą pracę. Niechże i książka polska duchem wspaniałym napełniona, skrzydlata, zdrowa i jasna, narodzona z czystego serca, pomaga śpiewaniem w pracy narodowi. Niech poezja polska zdumieje aż świat i na skrzydłach wyobraźni aż pod niebo wyleci. Niech Bóg błogosławi sztuce wszystkiej polskiej...
Życzmy największego szczęścia narodowi. Wtedy szczęście i nas ogarnie ramieniem.
Kornel Makuszyński.

0 komentarze:
Prześlij komentarz