Niepoprawnie politycznie, to co w duszy gra. Piszę po polsku.

czwartek, 29 marca 2018

Gość w dom

marca 29, 2018 Posted by Onufry Okowita , , , No comments

Nie znoszę udawać się w gości. Wszystko chyba przez nazbyt bogatą wyobraźnię. Wszak każda wizyta, szczególnie kilkudniowa, to kłopot. Takiemu gościowi trzeba pod nos podać jadło, zabawić rozmową, dać łoże by się jako tako wyspał. Staram się więc nikogo nie kłopotać.
Gdym więc znalazł w wielkanocnym numerze „Kurjera Warszawskiego” z 1938 roku wielce smakowity tekst Kornela Makuszyńskiego traktujący o gościach właśnie, musiałem się nim podzielić. Miłej lektury!
„Jesteśmy najgościnniejszym narodem świata. Cudzoziemiec, do Polski wjeżdżający, to widzi przede wszystkim, że — „brama wciąż otwarta, przechodniom ogłasza, że gościnna i wszystkich w gościnę zaprasza”. Obce nacje nie mogą się dość nadziwić niewysłowionej naszej gościnności i szerokiemu otwieraniu ramion, aby chwycić za serce przybysza, co ma ten skutek nieoczekiwany, że gość, jeżeli z cicha nie pękł — przejedzony, to się przynajmniej rozchorował obłożnie i przykre potem pisze o nas rzeczy. A inne niewdzięczne kreatury zgoła się z nas naśmiewają, po cichu i w kułak, ale jednak naśmiewają. Przezacny Chesterton lubił zjeść — „coś dobrego, byle dużo” kiedy jednak już dychać nie mógł, a powiedziano mu, że zaledwie podano zakąski, a teraz należy siadać do obiadu, przejęła go zgroza i chciał uciekać.
Nie o gościach znakomitych będziemy snuli głębokie rozważania, lecz o gatunku pośledniejszym, rodzimej proweniencji. Wyborny właśnie czas jest po temu, nigdy bowiem gatunek ten głośniej nie daje znać o sobie, jak właśnie podczas świąt wielkanocnych. Tak zwany krótko „gość” — mnoży się wonczas modą szarańczy i w wielkiej ilości odmian krąży po wiosennym świecie, po czym objedzony, jak anakonda, ułoży się na spoczynek, do następnej dobrej okazji. Jest on zabytkiem szczątkowym minionych czasów, kiedy to poczciwi i serdeczni, lecz dość ciężko i powoli myślący Lechici jeszcze nie spenetrowali, że jest ta osobistość niebezpieczna. Przemyślni goście — bo nikt chyba inny! — wymyślili rozmaite chytre przypowiastki, aby dobre o sobie utrwalić mniemanie. Oni to puścili w ruch porzekadło: — „Gość w dom, Bóg w dom!” — Zuchwała tych słów przesada wyszła wreszcie na jaw, długo jednak gość cieszył się niezasłużonym szacunkiem. Chytra zmowa gości wymyśliła zwyczaj zdejmowania kół z kałamaszki, by gość nie mógł odjechać. Toteż nie wyjeżdżał czasem i przez cały rok, co tym można sobie jako tako wytłumaczyć, że dawniej ludzie mieli nerwy jak postronki. Coś im jednak zaczęło świtać w twardych, podgolonych głowach, skoro poczęli bąkać nieśmiało, że „gość nie w porę, gorszy od Tatarzyna”. Gościom jednak dobrze się działo, czasy bowiem były zawiesiste, flaki na oleju były tanie, gość miał własną łyżkę za cholewą, jadł byle co i spał byle gdzie. Można było od biedy wytrzymać z takim choćby i przez rok. Bywali nawet tacy dziwaczni gospodarze, co łowili gości po gościńcach, szukając w ten sposób kompanii. Tych często-gęsto odwożono do staropolskich Czubków, jako pozbawionych niezbędnej do życia piątej klepki.
Trzeba przyznać, że w owych czasach i z gościa nawet był niejaki pożytek, jako z żywej gazety. „Jeździł po świecie i zbierał wszystko śmiecie”, plotki i wiadomości, a czego nie wiedział, to misternie dołgał. Oświecane łuczywem życie było smutne i zakopcone, więc nowa gęba wiele mogła przyczynić radości. W gościach utrwaliło to jednakże mniemanie, że są zawsze pożądani i upragnieni i nie można im tego wybić z głowy. A flaków na oleju i pieczonej rzepy, już, szelmy, jeść nie chcą. Myślą, że wciąż powinno być tak, jak dawniej, za króla Sasa. Przeto nawet z rozczuleniem zaczynamy wspominać poczciwego gościa dawnego zawołania i cierpko rozważać instytucję nowoczesną. Zdarzy się i dzisiaj gość miły i najmilszy, sercem oczekiwany. „Ktoś mi znany, ktoś kochany...” Są ludzie i ludzie. — (Dawno nie wypowiedziałem równie świetnej złotej myśli!) — Chętnie byśmy takiemu zdjęli koła z kałamaszki, co się nawet może zdarzyć w stolicy, w której jeszcze dwa tysiące kałamaszek popycha widma koni. Z takim gościem wymarzonym, z takim arcygościem podzielilibyśmy się wszystkim, co mamy. Jest on jednakże rajskim ptakiem, przedziwną rzadkością, wystawowym okazem, rodzynkiem w zakalcu życia(!), słonecznym promieniem. Lecz reszta pożal się Boże!
Sposobem naturalistów, co rozmaite zwierzaki klasyfikują wedle ich właściwości, każdy gatunek dokładnie opisując, spróbujemy, chociaż pobieżnie, grubymi rysami oznaczyć niektóre, najpospolitsze odmiany gatunku. Nie można w żaden sposób utrwalić naukowo wszystkich, gość bowiem obdarzony jest niebywałą chytrością i mąci ścisłość naukowych dociekań, przybierając kłamliwe i udane pozy, przedziwne strojąc miny i odmieniając barwę skóry. Wobec sprytnego gościa lis jest idiotą, znającym mizerne i łatwe sztuczki, wąż jest stworzeniem nieporadnym.
Gość — przywódca stada. Jest to może okaz najgroźniejszy. Ma minę niezmiernie poczciwą i jowialną, w nikim przeto nie budzi przestrachu. Ci, którzy wszystko o nim wiedzą, unikają go jak ognia, zdarzy się jednak, że ktoś rzeczy nieświadom, zaprosi go na święta w słusznej kalkulacji, że jedna osoba mniej, jedna więcej... Całego indyka przecie nie połknie. Wchodzi ów gość. Ha! A za nim pochód Słowian... Za nim: żona i czworo dziatek. Wszyscy się uśmiechają szeroko i tak poczciwie i tak rzewnie, że aż miło patrzeć. Pan domu ma minę barana, którego ktoś z nagła ugodził w ciemię. Nie zamknie jednak drzwi przed kobietą i dziatkami. — „Już po mnie!” — jęczy indyk. — „Żegnaj o świecie!” — piska przelękły prosiak. Tylko pani domu nic nie powiada, gdyż na czas dłuższy mowę jej odebrało.
Gość niepozorny — czyli nie dowierzaj nikomu na tym świecie. Ma minę skromną, jest milczący i cichutki. Znalazłszy się w doborowym, wytwornym towarzystwie, rad usuwa się w cień i nikomu nie wadzi. To raczej cień gościa, co mało zabiera miejsca, nie wyrywa się z głośnym gadaniem i takie jedynie czyni wrażenie, jak gdyby na coś czekał. Lecz, gdy zasiądzie przy dostatnim stole, współbiesiadników ogarnia niepokój. Patrzą wszyscy i oczom własnym nie wierzą: ten cichutki człowieczek zaczyna jeść za trzech, nie!, za siedmiu! Czyni to z magiczną wprawą, wspaniale, przepysznie! Je wszystko i wszystko pije. Pomiesza kompot z grzybami, a barszcz z winem. — „O mistrz, mistrz!” — szepcą zalękli ludzie. Jego jednak nic nie obchodzi, o czym kto szepce. Gargantua... Gamasz... Witeliusz... Wszystkim się zdawało, że gość już dawno przestał, jemu jeszcze mało.
Gość z ostaniej chwili. Jest to indywiduum przemyślne i chytre. Nikt go nie prosił, bo go mało kto zna. On natomiast zjawia się — nie na ucztę, broń Boże! — on wpadł jedynie na krótką chwilę, bo pragnąłby złożyć życzenia wesołych świąt. To bardzo rozczulające... Złożył te serdeczne życzenia i siedzi. Bardzo chwali obrazki i niezmiernie podoba mu się mieszkanie. Toteż bardzo ładnie z jego strony, ale opryszek nie odchodzi. Pan domu spogląda ukradkiem na połowicę, a ona na niego. Rozmowa rwie się, jak sparciałe sznurowadło u buta, a gość siedzi. Z pobliskiej komnaty słychać brzęk talerzy, gdyż już nakrywają do stołu. Gość złowił to uchem i zaczyna opowiadać o wojnie hiszpańskiej. Zaczynają się zjawiać goście upragnieni, prawidłowo zaproszeni na sympozjon. A ten nic. Cholera nie gość. Żona patrzy na męża, mąż na żonę, potem oboje na ciężki przycisk, którym można ludzką głowę roztłuc, jak jajko wielkanocne. A gość nic... Marysia służebna szepce coś do ucha pani, pani szepce coś do ucha mężowi, mąż zaś po cichej walce z duszą, dobywa z gardła słowa kolczaste: — „Może pan zostanie na herbacie...” — Łajdak gość woła: — „Ach, jak się zasiedziałem... Skoro państwo tak łaskawi...” — Należy zauważyć, że taki ananas już od samego rana odziany jest w smoking. Strzeżcie się człowieka, co w południe zjawi się w smokingu!
Gość uparty. Mamy do niego wielki żal, jest to bowiem człowiek bez litości. Zaprosili go, jak kogo dobrego, nakarmili i napoili, on zaś na nic nie bacząc czarną odpłaca się niewdzięcznością. Jest już bardzo późno i przyzwoici ludzie pięknie się żegnają i odchodzą. Wszyscy już wreszcie odeszli, a ten jakby wrósł korzeniami tkwi, w urodzajną ziemię. Pani domu powoli blednie i słania się na nogach. Wzdycha, chwyta się za głowę na znak, że jej pęka głowa nieszczęsna. Głuchoniemy by zrozumiał, Hotentot by pojął, a on nic na to. Lekkomyślny gospodarz niby nieznacznie spogląda na zegarek, co na gościu najmniejszego nie czyni wrażenia. Wreszcie pani domu, zdobywszy się na bohaterstwo, idzie spać. Pana gościa bynajmniej to nie wzrusza, jest przecie jeszcze pan domu. Wprawdzie coraz bardziej siny i blady, ale jednak jest. Nieszczęśliwy człowiek wymyśla najdziksze sposoby, aby się pozbyć straszliwca, wszystkie jednak chybiają celu. Próbuje przeto ostatniego: zalać gościa tęgim spirytusem, więc leje w niego „jak w spróchniałą sosnę”. Zmarnował tylko uczciwe napitki. Gość obrasta powoli mchem. Wyborny zwyczaj wynoszenia gości przez silnych pachołków, praktykowany w oberżach, nie jest, niestety, przyjęty w gościnnych domach.
Gość z kwiatkiem. Oskar Wilde opisuje takiego obwiesia, który poczciwcowi dał w podarunku stare, połamane taczki, za co zażądał od niego wielkich i znacznych usług. — „Przecie ci dałem taczki!” — tak mu powiada. W towarzystwie ludzi wytwornych nikt nikomu nie daje w podarunku połamanych taczek, mogłoby to bowiem zbudzić niejakie podejrzenia. Gość przemyślny ofiaruje natomiast pani domu chuderlawy kwiatek. Przychodzi z tym warzywem w dzień świąteczny w chwili oczywiście sposobnej, kiełbasą mocno pachnącą. Przecie nie przyszedł, jak byle łapserdak z pustymi rękami. Kwiatek przyniósł! Pamiętał, miał wydatki, dźwigał zielsko, trudził się. To ładnie, to bardzo ładnie! Zaproszeni nawet mizernego kwiatka nie przynieśli, on jednak ma serce i czułe i wielkie. Niby to nic, ale zawsze kwiatek! Hołd dla pani domu. Pan mąż powinien być zadowolony, „że — uczcili mu... małżonkę, chociaż tylko po kądzieli...” Tedy żona powiada do męża: — „Trzeba by go zaprosić...” — „A to czemu?” „Przecie przyniósł kwiatek...” Badyl stawiają na stole, a gościa sadzają za stołem. Wtykają w niego kręte kiełbasy i potężne salcesony, bo przyniósł kwiatek. Ja bym mu dał do zjedzenia ten kwiatek.
Gość „na załapanego”. Praktyka wykazuje, że w okresie przedświątecznym należy bacznie zwracać uwagę na wszystko, co się mówi i nie puszczać słów na wiatr, aby uniknąć gości niepożądanych. Kobieta podejść się nie da, w lot bowiem świetnym umysłem przejrzy wszystkie sztuczki, mężczyzna jednak powoli myślący, ani się spostrzeże, jak go przywiodą na hak. Spotyka go znajomy i wykrzykuje: — „Wyjeżdżam na święta, bo w Warszawie nie wiadomo, co począć... A co państwo ze sobą poczną?” — Ponieważ znajomek wyjeżdża, więc bać go się już nie potrzeba, mężczyzna odpowiada tedy poczciwie: — „My zostajemy... Będzie u nas kilka osób w drugie święto...” — „O, to mi serdecznie żal, że wyjeżdżam... Zresztą pal licho! W pociągach ścisk... Wie pan co! Jeśli nie zrobię państwu wielkiego ambarasu, to i ja wpadnę. Co pan o tym myśli?” — Człowiek tak haniebnie ocyganiony, myśli, że zostanie wśród domowych pieleszy pobity po głowie przedmiotem tak zbrodniczym, jak wałek od ciasta, powiada jednak konającym głosem: — „Ależ bardzo prosimy!”
Mógłbym tak przez dwa dni świąt wyliczać niezwykłe odmiany gości i ich ponure sposoby, Jest do omówienia:jeszcze gość-dowcipny, gość-kretyn, gość-mówca, gość-daleki kuzyn, gość z katarem żołądka, gość z niezwykłą nowiną i jeden z najstraszliwszych, taki, co ci ze wsi przyśle nikczemnego prosiaka i w ślad za nim zjeżdża na całe święta. „Gość z kwiatkiem” jest wobec niego człowiekiem niewinnym, dobrym i łagodnym.
P. S . Wszystko to jednak to tylko wesołe żarty. Nie wierzcie temu, co zgorzkniała wygaduje wyobraźnia. Usiłowałem jedynie przestraszyć zacnych i gościnnych Polaków. Naprawdę istnieje w przyrodzie jedna tylko koszmarna odmiana gościa: gość literat. Takiego jednak nigdzie nie proszą, bo wypije nawet atrament.”

0 komentarze:

Prześlij komentarz