Wraz z rozpoczęciem prezydentury Donalda Zaczeski Trumpa dowiedzieliśmy się, że amerykańska prasa, będąca w łapkach lewicujących Amerykanów o korzeniach sięgających okolic Jerozolimy, produkuje fake newsy. Oczywiście to nie tak, że amerykańska prasa nie łgała i nie łże jak najęta. Przykłady to choćby taki Walter Duranty twierdzący, że opowieści o wielkim głodzie na Ukrainie są złośliwą propagandą (dostał za swoje wypociny Pulitzera), czy całe stada pismaków z krajów Zachodu wybielających zbrodnie bolszewików i stalinistów przeciw ludności zamieszkującej ZSRR. O machinie rozkręconej przez Goebbelsa nie byłoby warto nawet wspominać, gdyby nie to, że część środowiska dziennikarskiego w międzywojennej Polsce zaczęła stosować metody swoich kolegów zza między.
Jako że najciemniej pod latarnią, może się wydać ciekawym, iż swoistą politykę informacyjną prowadziły dzienniki związane ze środowiskami wywodzącymi się z sanacji, które nieustannie próbowały „naprawiać” Polskę. Poniżej przywołam artykuł z 2 stycznia 1939 roku wydrukowany w wileńskim „Słowie” autorstwa Adolfa Bocheńskiego. Zapraszam.
Ozonowy „Dziennik Polski” ze Lwowa w n-rze z 30 grudnia 1938 roku przyniósł następującej treści życiorys ks. Wołoszyna, premiera Rusi Podkarpackiej:
„Wołoszyn urodził się w r. 1883 w małej wsi Nowe Zagórze w powiecie sanockim, jako syn cerkiewnego djaka. Po ukończeniu szkoły ludowej zapisał się — dzięki pomocy OO. Bazylianów z Przemyśla — do gimnazjum w Sanoku, które ukończył z trudnością. Już w najmłodszych latach Wołoszyn pałał nienawiścią do wszystkiego co polskie i do Polaków. Był prowodyrem ruskiej młodzieży, która wtedy „ukrainizowała” lub pracowała w organizacjach jak „Sokół” lub „Sicz”, których metody niczym się nie różniły od metod dzisiejszej O. U. N.
„Pierwszy występ” 16 letniego młodzieńca („mołojca”) miał miejsce w święto 3-go maja 1899 roku, kiedy Wołoszyn podszedł do dwu kolegów zbierających na T.S. L.,
zerwał im czerwono - białe opaski mundurów, rzucił je na ziemię i z pasją podeptał. Za to jeden z uczniów wybił go po twarzy.
Po zdaniu matury wstąpił do seminarium we Lwowie, gdzie na terenie uniwersytetu dalej uprawiał sabotażową i wywrotową działalność antypolską.
W czasie wojny Wołoszyn stał się naczelnym kapelanem „Siczowych Strzelców”. Kiedy heroiczni obrońcy Lwowa zadali ostateczny cios siczowym bandom, Wołoszyn uciekł do Rusi Podkarpackiej, gdzie dalej prowadził swoją robotę”.
A teraz spójrzmy jak wygląda prawdziwy życiorys premiera Rusi Podkarpackiej?
Ksiądz Wołoszyn urodził się dnia 17 marca 1874 roku w Kieleczynie, w powiecie Marmarosz- na Rusi Zaparpackiej. Ojciec jego Iwan był księdzem unickim, Szkołę normalną ukończył Wołoszyn w rodzinnej wsi, po czym przeszedł do gimnazjum w Użhorodzie, gdzie w roku 1892 zdał maturę. Wówczas przeszedł na teologię w Budapeszcie. Po ukończeniu studiów teologicznych ożenił się z Ireną Petrykówną, córką profesora gimnazjum w Użhorodzie, został wyświęcony na księdza i objął stanowisko wikarego w Użhorodzie. W r. 1897 został ksiądz Wołoszyn profesorem seminarium nauczycielskiego w Użhorodzie, a w r. 1897 otrzymał dyplom na nauczyciela gimnazjum w dziedzinie matematyki i fizyki. W r. 1912 został tytularnym, a w r. 1917 rzeczywistym dyrektorem seminarium w Użhorodzie. W r. 1918 założył „Ruską Radę Narodową” na Podkarpaciu, a w r. 1919 stał się członkiem dyrektoriatu podkarpackiego.
Dodajmy jeszcze, że ks. Wołoszyn we Lwowie nigdy nie był i że znawcy stosunków w Ziemi Czerwieńskiej twierdzą, iż żadnego innego księdza Wołoszyna, który by odpowiadał życiorysowi „Dziennika Polskiego” nigdy nie było.
Co to wszystko znaczy? Gdzie my właściwie jesteśmy? Nie chodzi nam tu o pochodzenie ks. Wołoszyna, które nam jest idealnie obojętne.
Ale musimy zwrócić uwagę na fakt, że olbrzymia większość informacyj, którymi prasa tego pokroju karmi polskie społeczeństwo opiera się na równie solidnych podstawach, jak ów życiorys w „Dzienniku Polskim”. Pomijając sprawę jaki program się wyznaje, musimy stwierdzić, że nigdy żaden mądry program, na podstawie tego rodzaju informacyj nie powstanie.
zagadnienia Ale obok politycznej strony jest także strona moralna. Nasuwa się pytanie, czym jest właściwa dzisiaj prasa tego typu w Polsce? Czy jest to jakaś błazeńska spółka służąca do okpiwania czytelników, czy też jest to poważne narzędzie polityczne, na podstawie którego urabia się opinia publiczna? W tym wypadku pytanie to jest tym bardziej dręczące, iż wchodzi w grę pismo subwencjonowane przez rząd Rzeczypospolitej i oficjalny organ Obozu Zjednoczenia Narodowego.
Toteż uważam, że sprawą tego życiorysu powinien się zająć syndykat dziennikarzy. Są ludzie, którzy nadają się najwyżej do szydła, a niepotrzebnie chwytają się pióra. Zadaniem „planowego” kierownictwa kultury winno być odesłanie ich do tego działu wytwórczości, który odpowiada ich zdolnościom. Inny bowiem mogą skompromitować.”
Adolf Bocheński.

0 komentarze:
Prześlij komentarz