9 sierpnia to dzień kolejnej rocznicy urodzin Romana Dmowskiego. Jeden z założycieli i wieloletni prezes Narodowej Demokracji to postać, której jedni nienawidzą, drudzy bezbrzeżnie szanują, a całą resztę, tych jest większość, nic a nic nie obchodzi (mogą nawet nie wiedzieć kim był). Gdyby spróbować oceniać go przez pryzmat tego co napisał można rzec: „Facet miłował Polskę tak, że trudno to sobie wyobrazić...”
Jednocześnie trzeba podkreślić, że często zarzucano mu, tak to roboczo nazwę, nadmierne przywiązanie do carskiej Rosji. I antysemityzm oczywiście. Co do drugiego zarzutu, to nie był raczej on trafiony. Był bowiem Dmowski realistą w kwestii żydowskiej. Znaczy to, że pisał o przewagach i niedostatkach Izraelitów bez ogródek. Tego rzecz jasna środowiska trzęsące diasporą znieść nie mogły.
W sprawie pierwszej odczuwam niejakie wahanie. Jeździł wprawdzie do Tokio aby powstrzymać pomoc Japonii dla socjalistów zgromadzonych wokół Piłsudskiego. Powtarzał, że większym zagrożeniem niźli Rosja są Prusy i ich planowo prowadzona akcja germanizacyjna, a jednocześnie na pierwszym posiedzeniu Dumy, w której zasiadał jako prezes Koła Polskiego, dotkliwie obraził cara (oczywiście wraz z całą resztą Koła). Opisał całą sytuację Hipolit Korwin Milewski w swoich wspomnieniach. Oto ich właściwy fragment (pisownia oryginalna):
„Otwarcie obu Izb odbyło się 20 lutego - 5 marca, i to każdej Z osobna, w nieobecności cesarza. Tak jak w roku zeszłym mogłem być obecnym na obu ceremonjach. O godzinie 1-ej i o 3-ej. Otwarcie Dumy było nazewnątrz bardzo burzliwe. .Już od Troickiego mostu w strunę pałacu rozpoczynał się tłum, a od Liliejnego prospektu był on tak zwarty, ze mój powóz, zamknięty, ledwie się mógł ruszyć. Gawiedź, wśród której, niewiadomo jak (bo pobyt w Petersburgu był im niby zakazany),była masa żydów płci obojga, sądząc, ze jestem członkiem Dumy ciągle mnie otaczała, czasem groziła, nawet otwierała to jedne to drugie drzwiczki karety, zapytując, czy będę głosował za amnestją. Z trudnością się dobrałem do osobnego ganku, prowadzącego do loży Rady Państwa, na ten raz wyznaczonej na piętrowej galerji. Była pełna. - Jednakże udało mi się dostać do pierwszego rzędu przy samej balustradzie; i tu rozegrała się scena, która aą do upadku dynastji w 1917 r. przez dziesięć lat miała ciążyć jak ogromna skala nad całą polityką poIsko-rosyjską, bo w mgnieniu oka przerobiła jedynego w Rosji pewnego naszego przyjaciela w zaciętego, skrytego, lecz nieubłaganego wroga, mianowicie cesarza Mikołaja II. Posłowie już przed pierwszą godziną byli wszyscy na miejscu. Siedzieli z prawa na lewo (patrząc od mównicy) w następnym porządku: Skrajna prawica (kolo trzydziestu ludzi), Październikowcy (ośmdziesięciu kilku), Kolo Polskie (czterdziestu ośmiu), Kadeci (koło dziewięćdziesięciu), skrajna lewica (dwustu kilku). Punktualnie o pierwszej wszedł w pełnym galowym mundurze i wstędze Aleksandra Newskiego wiceprezes Rady Państwa, Iwan Jakowlewicz Gołubiew (bo zeszłoroczny Frysch, był już prezesem Izby Wyższej), wstąpił na trybunę prezydjalną, zagaił posiedzenie i wezwał Izbę do wybrania sobie prezesa. I tak jak W roku zeszłym była to rzecz kilku minut, bo był z góry upatrzony dość niepoczesny p. Gołowin, deputowany z miasta Moskwy. (Muromcew dzięki Wyborgowi nie był wybieralnym). Następnie Gołubiew, zaprosiwszy go do zajęcia prezydjalnego fotelu, sam wstał, wyprostował się i rzekł dosłownie: „Nim opuszczę to miejsce jestem szczęśliwy spełnić wysokie polecenie, którem mnie zaszczycił Najj. Pan, Cesarz Mikołaj Aleksandrowicz i w jego imieniu wypowiedzieć panom jego powitanie i szczere życzenia owocnej pracy.” Naturalnie już przy słowach "w imieniu Najj. Pana” prawica, Październikowcy, nawet Kadeci co do jednego wstali, a rewolucyjna lewica wyzywająco siedziała... i także Koło Polskie, nie wykluczając członków Klubu Myśliwskiego, pp. Dembińskiego i kamerjunkra dworu cesarskiego hr. Henryka Potockiego. Sądząc, że się nasi nie zorjentowali, tak gwałtownie pochyliłem się przez balustradę, żeby krzyknąć „Polonia wstać!”, że prawdopodobnie upadłbym do sali gdyby mój kolega w Radzie z gubernji symbirskiej, Poliwanow, myśląc, że ulegam jakiemuś niedomaganiu, nie chwycił mnie za poły i gwałtownie nie ściągnął w tyłna ławkę. Juą nazajutrz się dowiedziałem, że ten grubjanski postępek Koła Polskiego, nie był przypadkowym, lecz formalnie postanowionym na posiedzeniu tegoż Koła. Dotychczas nie mogę pojąć przyczyn tego obłędu, jako też nie wiem, kto był jego inicjatorem, oraz jaka jest w tem odpowiedzialność ówczesnego prezesa Koła, p. Romana Dmowskiego. Tyle wiem, że od tej chwili zrobiliśmy sobie z dotychczas życzliwego Mikołaja II nieprzejednanego wroga, co się okazało w krótkim czasie w słynnym ukazie ó czerwca 1907 r., a dzięki czemu można być pewnym, ze jak się to pokaże w ostatniej części obecnych pamiętników, gdyby nie tragiczny los Mikołaja II, to pomimo wszelkich późniejszych płaskości i wszelkich wielkoksiążęcych deklaracyj w 1914 r., obietnic i manifestacyj, przy końcu wojny wszechświatowej wyszlibyśmy jak... Zabłocki na mydle.”

0 komentarze:
Prześlij komentarz