Niepoprawnie politycznie, to co w duszy gra. Piszę po polsku.

niedziela, 12 lipca 2020

Czy wybór może być obowiązkowy?

lipca 12, 2020 Posted by Onufry Okowita , , , , No comments

Czy zdarzyło się Wam przeczytać cykl powieści Longina Jana Okonia o początkach Stanów Zjednoczonych i związanym z nimi rozpoczęciem zorganizowanej eksterminacji pierwotnych mieszkańców Ameryki Północnej? Gdy byłem gówniarzem w podstawówce wracałem do tych książek wielokrotnie, więc niespecjalnie zdziwiłem się, że po wyświetleniu się na mojej tablicy pejsbuniowej poniższego obrazka, przypomniał mi się jeden fragment. Otóż do wioski indiańskiej, której mieszkańcy chcieli żyć w spokoju, nie włączając się do powstania swych pobratymców, przybył młody i gorliwy oficer armii amerykańskiej. Postawił on wodzowi ultimatum: albo z nami, albo przeciw nam. Mimo deklaracji neutralności wioska została zniszczona, a jej mieszkańcy zmasakrowani.


Zanim propagandysta to narysował, a GW zamieściła powyższe barachło, słuchając zwolenników obu kandydatów do fotela pod żyrandolem, przyszła mi na myśl inna scena. Pamiętam jeszcze stan wojenny i zaopatrzenie sklepów. Gy mama wysyłała mnie do sklepu po chleb, bułki i mleko, pytałem czy mogę kupić też oranżadę. W odpowiedzi słyszałem: „Jak będzie”. Wyobrażacie sobie, że dziś wchodzicie do sklepu, a tam nie ma oranżady? A wtedy zawsze była woda sodowa (nawet nie Cisowianka) i jakiś bułgarski sok, a oranżady nie. Leciałem wtedy szybko do delikatesów, oddalonych może o 100 metrów i tam na stoisku alkoholowym, gdzie były i inne napoje wypatrywałem upragnionego płynu. Na półkach zazwyczaj, mimo kartek, stały tylko Stołowa i Żytnia, czasem coś kolorowego.


Przypatrywałem się nieraz już po szkole facetom, którzy byli „zmuszani” do wybrania jednej z nich. I powiem Wam jedno: nie byli szczęśliwi. Gdy wkroczyłem w dorosłość i miałem okazję skosztować Żytniej, zrozumiałem dlaczego. Czy człowiek zmuszony do kupienia jednego z dwóch paskudztw rzeczywiście dokonał wyboru? Na początku lat osiemdziesiątych wódę produkowało państwo. Wybór był więc iluzoryczny, bo nieważne co pił konsument, krzywił się niemiłosiernie, a następnego dnia „gubił” głowę.
Autor powyższego bohomazu doskonale wie, z czym wiążą się wybory w naszym pięknym i nieszczęśliwym kraju. Tworząc tego typu historyjki obrazkowe sam wskakuje w buty propagandysty. Ta historyjka miałaby sens tylko wtedy, gdyby zostali przepędzeni wszyscy demagodzy zatrudnieni w merdiach, ich kumotrzy z partii politycznych i grona nauczycielskiego czy innych ośrodków wpływających na to w jaki sposób zwyczajni ludzie myślą (mam tu na myśli szczególnie tych, którzy marudzą coś o obywatelskim obowiązku). Czy jest to w ogóle możliwe?

0 komentarze:

Prześlij komentarz